Karol Nawrocki znów udowodnił, że dyplomacja potrafi być pełna lingwistycznych niespodzianek. Polityk wygłosił anglojęzyczne przemówienie podczas szczytu w Bukareszcie, które skrupulatnie wziął pod lupę anglista Dariusz Głaz. Choć ekspert docenił treść, wypunktował twardy, iście polski akcent. To jednak drobnostka przy jego głośnej wizycie w Teksasie, gdzie pokonała go jedna słynna literka.
Wystąpienie Karola Nawrockiego w Bukareszcie
42-letni Karol Nawrocki wziął ostatnio udział w prestiżowym szczycie Bukaresztańskiej Dziewiątki (B9). W skład tego kluczowego sojuszu wchodzą państwa wschodniej flanki NATO, w tym Polska, Rumunia, Bułgaria, Czechy, Estonia, Litwa, Łotwa, Słowacja i Węgry. To właśnie w Bukareszcie polityk postanowił zaprezentować światu swoje umiejętności językowe, wygłaszając oficjalne przemówienie w całości po angielsku. Głównym tematem jego wystąpienia były początki grupy B9 oraz trwająca rosyjska agresja na Ukrainę. Temat był niewątpliwie poważny, wzniosły i wymagał odpowiedniej oprawy, ale uwagę wielu uważnych słuchaczy od razu przykuło to, jak polski reprezentant radzi sobie z zagraniczną wymową.
Dariusz Głaz ocenia angielski polityka
Popisy delegata na międzynarodowej scenie postanowił skrupulatnie przeanalizować Dariusz Głaz. Znany anglista w rozmowie z portalem Plotek podzielił się swoimi szczegółowymi przemyśleniami na temat wystąpienia z Bukaresztu. Okazuje się, że w kwestiach czysto merytorycznych obeszło się bez większego wstydu, a sam dobór słownictwa nie budził najmniejszych zastrzeżeń eksperta.
„Jeśli chodzi o gramatykę i treść, nie widzę tu żadnej językowej katastrofy. Wypowiedź była raczej poprawna, dyplomatyczna i komunikacyjnie zrozumiała” — powiedział Dariusz Głaz.
Niestety, lingwistyczne schody zaczęły się w momencie, gdy ekspert wziął pod lupę samą technikę mówienia. Nawet najlepiej przygotowany i napisany na kartce tekst traci nieco na elegancji, gdy aparat mowy ewidentnie nie nadąża za dyplomatycznymi intencjami. Brak obycia z płynnym językiem obcym szybko daje o sobie znać w stresujących, mocno oficjalnych sytuacjach przed kamerami.
„Dużo większy problem był z wymową, akcentowaniem i płynnością. Słychać mocny polski akcent, nienaturalny rytm i trudność z częścią bardziej specjalistycznych słów” — podkreślił Dariusz Głaz.
Mimo tych zauważalnych potknięć i ewidentnego zmęczenia materiału przy trudniejszych wyrazach, ekspert podszedł do sprawy z dużą dawką wyrozumiałości. Zauważył on, że choć do płynności brytyjskich lordów jeszcze bardzo daleka droga, podstawowy cel całego wystąpienia został w pełni osiągnięty. W polityce międzynarodowej liczy się przecież przede wszystkim to, by kluczowy przekaz dotarł do odbiorcy, nawet jeśli brakuje mu językowej wirtuozerii.
„Nie nazwałbym tego kompromitacją, bo sens był zrozumiały. Natomiast przy przygotowanym wystąpieniu na takim poziomie wymowa powinna być lepiej dopracowana” — podsumował Dariusz Głaz.
Wpadka Karola Nawrockiego w USA z napisem Polend
Warto przypomnieć, że to absolutnie nie pierwsza zagraniczna przygoda polityka, która wywołała delikatny uśmiech na twarzach internautów. W marcu 2026 roku Karol Nawrocki odbył niezwykle istotną wizytę w Stanach Zjednoczonych. Odwiedził wtedy ogromne zakłady produkcyjne Lockheed Martin Aeronautics w Teksasie, gdzie Polska zakupuje 32 nowoczesne samoloty bojowe F-35A. To właśnie podczas tego ważnego wyjazdu doszło do pamiętnej sytuacji, która na stałe zapisała się w historii najśmieszniejszych internetowych memów.
Podczas uroczystego i oficjalnego podpisywania jednego z zakupionych dla naszego wojska samolotów, maszyna przyjęła na siebie dość unikalny autograf. Karol Nawrocki popełnił fatalny błąd ortograficzny, wpisując markerem słowo „Polend” zamiast poprawnego „Poland”. Ten niewielki, acz niezwykle bolesny wizerunkowo lapsus błyskawicznie obiegł całą sieć. Jak widać, czasem zdecydowanie łatwiej wygłosić skomplikowane przemówienie o wschodnich sojuszach, niż po prostu poprawnie przeliterować angielską nazwę własnego kraju.