Monika Horna-Cieślak znalazła się w centrum uwagi po głośnej interwencji na warszawskiej Białołęce. Dwoje małych dzieci w wieku 3 i 4 lat zostało odebranych rodzicom i umieszczonych w placówce opiekuńczej po ulicznym incydencie z udziałem urzędniczki. Sąd rodzinny musiał podjąć pilne kroki, wydając jednoznaczne postanowienie w sprawie dramatu, który wstrząsnął opinią publiczną w całym kraju.
- Sąd rodzinny nakazał natychmiastowy powrót rodzeństwa do domu. Decyzja dotyczy maluchów w wieku 3 i 4 lat
- Funkcjonariuszka policji wydała nakazy izolacji bez wcześniejszego zobaczenia dzieci i rodziców
- Sąd ocenił działania służb jako rażąco nieproporcjonalne, wskazując na nadużycie uprawnień przez urzędy
- Biuro Rzecznika Praw Dziecka kontaktowało się telefonicznie z sędzią w celu odebrania dzieci
Dlaczego odebrano dzieci rodzicom na warszawskiej Białołęce
Monika Horna-Cieślak, Rzeczniczka Praw Dziecka zainterweniowała podczas zdarzenia z 14 sierpnia 2026 roku, gdy matka głośno skrzyknęła na malucha wbiegającego na jezdnię. Między kobietami doszło do ostrej wymiany zdań. Pod adresem urzędniczki padły wulgarne określenia. Zamiast rutynowego pouczenia sytuacja przerodziła się w koszmar dla całej rodziny.
Chłopcy zostali nagle odseparowani od matki oraz ojca, trafiając prosto do domu dziecka. Wcześniej policja ani kurator sądowy nie znaleźli żadnych twardych podstaw do odebrania maluchów. Mimo to machina urzędnicza ruszyła, doprowadzając do natychmiastowej izolacji najmłodszych od ich naturalnego środowiska.
Rzeczniczka Praw Dziecka w oświadczeniu argumentowała, że dysponuje dokumentacją dotyczącą przemocy w tej rodzinie gromadzoną od 2025 roku. Wskazała w niej m.in. na Niebieskie Karty i sygnały od sąsiadów. Miało to uzasadniać jej reakcję. Przedstawiła również własną wersję zajścia na ulicy.
Byłam świadkiem stosowania przemocy fizycznej i psychicznej wobec kilkuletnich dzieci w miejscu publicznym. Poza stosowaniem przemocy fizycznej Matka wyzywała dziecko w wulgarny sposób w tym "ty k****". Jako świadek przemocy zawiadomiłam policję
- napisała Monika Horna-Cieślak.
Wiki Commons
CZYTAJ TAKŻE: Dramat w Białymstoku. 2-miesięczna dziewczynka w oknie życia. Obok niej list o poruszającej treści
Kulisy interwencji na komendzie i zeznania funkcjonariuszki policji
Monika Horna-Cieślak brała udział w spotkaniu na posterunku, podczas którego zapadały kluczowe decyzje w sprawie rodziny. W spotkaniu uczestniczył również komendant stołeczny policji Krzysztof Ogroński. To wtedy jedna z funkcjonariuszek podjęła kroki skutkujące izolacją dzieci.
Wydała ona nakaz natychmiastowego opuszczenia mieszkania oraz bezwzględny zakaz zbliżania się do kilkuletnich chłopców. Wcześniej policja przeszukała mieszkanie z psem tropiącym. Nie znaleziono jednak żadnych środków odurzających.
Zeznania samej policjantki wprawiły prawników w osłupienie. Kobieta otwarcie przyznała, że nie widziała dzieci ani ich rodziców przed podjęciem decyzji o rozbiciu rodziny. Zaznaczyła przy tym, że pierwszy raz w karierze działała w tak nadzwyczajnym trybie.
Okazało się także, że pracownik tej instytucji kontaktował się telefonicznie bezpośrednio z sędzią. Przedstawiciel urzędu usiłował wywrzeć nacisk i nakłonić wymiar sprawiedliwości do wydania orzeczenia o odebraniu małoletnich.
facebook.com/ingmarie-gustavsson-79
CZYTAJ TAKŻE: Miała tylko 5 proc. szans. 50-latka urodziła trojaczki i wprawiła lekarzy w osłupienie. "To był dar
Ocena sądu rodzinnego i zarzut przemocy instytucjonalnej
Monika Horna-Cieślak i podległe jej służby spotkały się z bezlitosną weryfikacją ze strony sądu rodzinnego, który nakazał zwrot dzieci. W uzasadnieniu orzeczenia wskazano, że reakcja służb była rażąco nieproporcjonalna do zaistniałych okoliczności. Skład orzekający zaznaczył wprost, że cała procedura mogła nosić wyraźne znamiona przemocy instytucjonalnej wobec obywateli.
W orzeczeniu padły wyjątkowo mocne słowa dotyczące motywacji urzędników. Sąd rodzinny zwrócił uwagę na możliwość wykorzystania przez Rzecznik Praw Dziecka autorytetu piastowanego urzędu do przeforsowania tezy o konieczności odebrania maluchów. Wszystko to miało wynikać z osobistego poczucia obrażenia urzędniczki przez matkę chłopców.
Sąd uznał również, że dawna karalność ojca, niezwiązana z rodziną, oraz znalezienie w mieszkaniu dwóch butelek piwa były niewystarczające do odebrania dzieci. Zwłaszcza że oboje rodzice byli trzeźwi. Podkreślono, że ojciec odbył już karę za swoje czyny.
Dla przestraszonych maluchów, które z dnia na dzień znalazły się za murami obcej placówki, każdy dzień rozłąki oznaczał ogromny stres. Szybkie orzeczenie sądu położyło kres ich pobytowi w domu dziecka.
Reakcja polityków na działania Moniki Horny-Cieślak
Monika Horna-Cieślak stała się celem ostrych komentarzy, a sprawa wywołała lawinę reakcji na scenie politycznej. Przedstawiciele opozycji zaczęli głośno domagać się dymisji Rzeczniczki Praw Dziecka. Do sprawy odniósł się poseł Marcin Horała, nie kryjąc oburzenia przebiegiem urzędniczej interwencji.
Jako ojciec apeluję do rządzących: poprzyjcie ten wniosek i odwołajmy ją nim skrzywdzi kolejną rodzinę
- zaapelował Marcin Horała.
W równie bezkompromisowym tonie wypowiedział się lider Konfederacji Sławomir Mentzen, który zapowiedział konkretne kroki prawne w parlamencie.
Będziemy zbierać podpisy pod odwołaniem Moniki Hornej-Cieślak ze stanowiska Rzecznika praw dziecka. Ta wiedźma doprowadziła do zabrania dzieci w wieku 3 i 4 lat do domu dziecka, tylko dlatego, że została słusznie zwyzywana na ulicy przez ich matkę
- stwierdził Sławomir Mentzen.