Jan Kaczkowski chciał zrzucić sutannę? Rodzeństwo po latach przerywa milczenie i wspomina ten jeden dzień, gdy płakał sam w aucie

Jan Kaczkowski chciał zrzucić sutannę? Rodzeństwo po latach przerywa milczenie i wspomina ten jeden dzień, gdy płakał sam w aucie

Jan Kaczkowski chciał zrzucić sutannę? Rodzeństwo po latach przerywa milczenie i wspomina ten jeden dzień, gdy płakał sam w aucie

facebook.com/fundacjakaczkowskiego; sopocianie.muzeumsopotu.pl

Ksiądz Jan Kaczkowski, założyciel puckiego hospicjum, zmagał się nie tylko ze śmiertelną chorobą. Musiał stawić czoła także brakowi empatii ze strony instytucji, której służył. W wywiadzie dla magazynu VIVA! jego rodzeństwo, Magdalena Sekuła i Filip Kaczkowski, rzuca mroczne światło na kulisy ostatnich lat duchownego, ujawniając, że rozważał on odejście z kapłaństwa.

Reklama
  • Po diagnozie glejaka biskup odwołał ks. Jana Kaczkowskiego z funkcji prezesa puckiego hospicjum.
  • Władze kościelne zakazały mu przemawiać w parafiach, a jego najbliżsi współpracownicy zostali zdegradowani.
  • Duchowny rozważał rzucenie kapłaństwa, gdy widział, jak Kościół odsuwa go na boczny tor.
  • W dniu diagnozy, 1 czerwca, Jan Kaczkowski siedział sam w samochodzie pod przychodnią i płakał.

Relacje Jana Kaczkowskiego z hierarchami po diagnozie

Ksiądz Jan Kaczkowski, doktor bioetyki, poświęcił się budowie i prowadzeniu hospicjum w Pucku. Sam jednak musiał zmierzyć się z bolesną rzeczywistością. Gdy u duchownego zdiagnozowano nowotwór mózgu, zamiast bezwarunkowego wsparcia od hierarchów, spotkał go cios administracyjny ze strony kościoła rzymsko-katolickiego. Biskup zdecydował o natychmiastowym odwołaniu go z kierowania placówką.

Dla człowieka, który to hospicjum założył i wybudował od podstaw, była to decyzja dewastująca. Magdalena Sekuła, siostra duchownego, wspomina po latach, że odebranie bratu jego życiowego dzieła było dla niego strasznym doświadczeniem. Kościół nie miał litości dla chorego kapłana i nie poprzestał na zmianach organizacyjnych.

Wkrótce po diagnozie księdzu zakazano także przemawiać w parafiach, co drastycznie ograniczyło jego kontakt z wiernymi. Kary spotkały również ludzi z najbliższego otoczenia Jana. Dwóch najlepszych kolegów duchownego zostało zdegradowanych oraz zesłanych. Odebrano mu resztki poczucia bezpieczeństwa we własnym środowisku.

Mural upamiętniający ks. jana kaczkowskiego facebook.com/fundacjakaczkowskiego

Dlaczego ksiądz Jan Kaczkowski chciał odejść z Kościoła

Filip Kaczkowski oraz Magdalena Sekuła w bolesnych wspomnieniach nie kryją, że instytucja nie potraktowała ich brata w sposób godny. Jan był dla wielu hierarchów niewygodny. Bywał nieposłuszny i nie zamierzał dzielić się zbieranymi funduszami z kościelną centralą. Nie potrafił też dopasować się do realiów skostniałej instytucji, co rodziło nieustanne napięcia.

Z tego powodu duchowny zaczął poważnie zastanawiać się nad swoją przyszłością w stanie kapłańskim. Skostniałe procedury i bezduszność aparatu kościelnego głęboko go denerwowały. Dodatkowym impulsem były decyzje jego bliskich znajomych, którzy zdecydowali się odejść ze stanu duchownego. Założyciel hospicjum widział, jak bezwzględne potrafią być kościelne mechanizmy wobec słabszych i schorowanych. Już wcześniej przewidywał zresztą swój los, a jego słowa po latach brzmią jak smutne proroctwo.

Najgorsza będzie starość, bo starych księży Kościół odstawia na boczny tor.

jóżej ziuk kaczkowski, jan kaczkowski, znicz Fot. Fundacja ks. Jana Kaczkowskiego, sopocianie/muzeumsopotu.pl, canva.com

CZYTAJ TAKŻE: Józef Kaczkowski nie żyje. Ojciec ks. Jana odszedł 10 lat po synu. Przyjaciele przyznają wprost: "Serce pęka"

Dzień, który zmienił wszystko w życiu rodziny Kaczkowskich

Wspomnienia rodzeństwa wracają także do momentu, w którym zawalił się cały dotychczasowy świat ich rodziny. Jan usłyszał ostateczny wyrok 1 czerwca. To symboliczna data, która powinna kojarzyć się wyłącznie z radością. Wiadomość o nieuleczalnym glejaku spadła na niego nagle, bez żadnego ostrzeżenia.

Zaraz po wyjściu od lekarza kapłan został ze swoim dramatem zupełnie sam. Filip Kaczkowski wspomina, jak po otrzymaniu druzgocących wyników badań jego brat siedział w samochodzie zaparkowanym pod przychodnią i po cichu płakał. Doskonale zdawał sobie sprawę z tego, co go czeka, ponieważ na co dzień pracował z osobami chorymi na nowotwory w puckim hospicjum.

Jan wiedział, że to jest wyrok śmierci, bo przecież zbudował hospicjum w Pucku i z ludźmi chorymi na raka miał do czynienia przez cały czas.

Duchowny przez lata towarzyszył umierającym w ich ostatnich chwilach, dlatego medyczna prawda była dla niego bezlitosna. Mimo samotnych łez i poczucia osamotnienia przez kościelną machinę, ksiądz Jan Kaczkowski do końca swoich dni pozostał wierny podopiecznym puckiego hospicjum. Choć próbowano go zmarginalizować, pamięć o jego poświęceniu przetrwała znacznie dłużej niż urzędowe zakazy hierarchów. Jego życiu i pracy poświęcono zresztą film fabularny "Johnny" oraz dokument "Dzień Dziecka księdza Jana Kaczkowskiego".

Walczący z glejakiem Adrian Szymaniak na urodzinach syna. Jeden szczegół wyciska łzy [zdjęcia]
Źródło: instagram.com/adrian_szz
Reklama
Reklama