Margaret i Piotr Kozieradzki 6 lat temu wzięli ślub, który w Polsce jest wart tyle, co nic. Choć fani gratulowali im zmiany stanu cywilnego, w świetle prawa gwiazda wciąż jest singielką. Egzotyczna ceremonia w Peru nie ma żadnej mocy prawnej, ale artystka ma na ten temat wyrobione zdanie.
Egzotyczna przysięga zamiast urzędu. Margaret wciąż jest "singielką"
W styczniu 2020 roku para zdecydowała się na symboliczną ceremonię w Ameryce Południowej. Choć zdjęcia z wydarzenia obiegły sieć, urzędnicy są nieubłagani – Margaret ślub w Peru traktuje duchowo, ale nie ma on żadnej mocy prawnej. W świetle polskich przepisów zakochani wciąż figurują jako panny i kawalerowie.
Dla nich samych ta więź znaczy jednak więcej niż dokument z urzędową pieczątką. Gwiazda wielokrotnie podkreślała, że Piotr Kozieradzki jest jej mężem w wymiarze, który liczy się dla niej najbardziej. Brak aktu małżeństwa nie przeszkadza im w budowaniu wspólnego życia.
Baranowski/AKPA
Margaret nie potrzebuje urzędnika. "Ślub dla duszy"
Gdy dziennikarze dopytują o formalizację związku, Margaret nie gryzie się w język. Gwiazda otwarcie przyznaje, że systemowe rozwiązania nie są dla niej priorytetem, a uczucia nie potrzebują potwierdzenia w papierach.
Ważny jest w moim serduszku, po prostu. A tak pod względem prawa nie jest ważny. Ale my nie chcieliśmy mieć takiego systemowego ślubu, tylko chcieliśmy mieć ślub dla duszy i dla serduszka, więc dla mnie on jest jak najbardziej ważnym ślubem.
- powidziała w rozmowie z "Pomponikiem".
Margaret w swoim stylu ucina też spekulacje na temat ewentualnej wizyty w urzędzie stanu cywilnego, porównując pytania do dziecięcej gry. W wywiadzie dla "Plejady" wyznała:
Nie wiem, nie myślimy o tym. Pomidor. Dla mnie tak naprawdę w ślubie najważniejsze jest to, co ja obiecuję sobie z moim partnerem i to, co my sobie obiecaliśmy. Chyba żaden papier nie jest w stanie tego zmienić. I tyle.