Witold Sadowy był nie tylko kronikarzem teatru, ale i żywą historią. To najstarszy polski aktor, który przeżył dwie wojny, by na samym końcu stoczyć najważniejszą walkę — o własną prawdę. Przez dekady opisywał życie innych, milcząc o sobie. Dopiero u schyłku życia, mając na karku cały wiek, zszokował opinię publiczną wyznaniem, na które czekał całe życie.
"Mogę już mówić wszystko". Coming out, który wstrząsnął światem
Gdy na początku 2020 roku ekipa TVP Kultura przyjechała nagrać reportaż z okazji jego setnych urodzin, wybitny polski aktor Witold Sadowy był w szampańskim nastroju. Z właściwym sobie dystansem żartował, że jest już w takim wieku, że może mówić wszystko, co mu się podoba. Nikt jednak nie przypuszczał, że nestor polskiego teatru zdecyduje się na krok, który przejdzie do historii. Patrząc prosto w kamerę, zrzuci ciężar noszony przez dekady.
Nie ożeniłem się, nie miałem dzieci i tego właściwie żałuję. Urodziłem się inny. Jestem gejem. Teraz powiedziałem wszystko jak na spowiedzi.
To wyznanie wywołało lawinę. O coming oucie 100-latka pisały największe światowe media — od niemieckiego Bilda, przez brytyjski The Telegraph, aż po New York Daily News. Wszyscy byli pod wrażeniem odwagi Polaka. On sam przyjmował to zamieszanie z pokorą, ciesząc się, że w końcu mógł być w stu procentach sobą.
scena z: Krystyna Janda, Witold Sadowy, SK:, , fot. Niemiec/AKPA
CZYTAJ TAKŻE: Polski skoczek przeżył piekło. Najpierw śmierć partnera, potem coming out. "Miałem najgorsze myśli"
Historia miłości wbrew wszystkiemu
Choć dla świata był to szok, w teatralnych kulisach orientacja Sadowego nie była tajemnicą. Już w czasach powojennych legendarny reżyser Leon Schiller pozwalał sobie na niewybredne żarty, nazywając aktora "Wsadowym".
Nazywał mnie Wsadowym, bo byłem gejem, ale wtedy o homoseksualizmie się nie mówiło tak jak teraz. Zresztą co ludzie o tym wiedzą?
Mimo niesprzyjających czasów i drwin, Witold Sadowy zbudował coś, o czym większość może tylko pomarzyć — miłość trwającą ponad pół wieku. Jego serce skradł Jan Ryżowy. Nie był artystą, lecz twardo stąpającym po ziemi inżynierem-elektrykiem i dyrektorem dużego przedsiębiorstwa. To połączenie dwóch różnych światów okazało się nierozerwalne.
Poznali się w 1942 roku w kawiarni U Aktorek i spędzili ze sobą 54 lata. W środowisku pełnym romansów i skandali, oni trwali przy sobie wiernie aż do śmierci Jana w 1996 roku.
Ja się nie puszczałem! Miałem całe życie swego Janka i byłem z nim szczęśliwy. Kochaliśmy się.
scena z: Witold Sadowy, SK:, , fot. Niemiec/AKPA
Pożar był znakiem od Boga. Dlaczego został "Charonem"?
Karierę aktorską Sadowy zakończył nagle i definitywnie w 1988 roku. Impulsem nie był wiek, lecz dramatyczne wydarzenie — pożar Teatru Rozmaitości. Aktor, człowiek głęboko wierzący w znaki, odczytał to jednoznacznie.
Dostawałem jeszcze jakieś propozycje, ale uznałem, że to już nie ma sensu. Uznałem, że ten pożar to był znak, żeby zakończyć pewien etap w życiu.
Wtedy narodził się "Charon". Sadowy zamienił scenę na pióro. Przez lata w Gazecie Wyborczej i Życiu na gorąco publikował nekrologi i pożegnania przyjaciół. To on decydował, jak zapamiętamy wielkie gwiazdy, samemu pozostając strażnikiem ich pamięci, a jednocześnie ukrywając własną historię. Był tak oswojony ze śmiercią, że jeszcze za życia postawił sobie na Powązkach Wojskowych elegancki grobowiec, by nie leżeć w "marnym grobie".
Tragiczny finał w pandemii. Urna czekała siedem miesięcy
Los napisał dla niego ostatni, dramatyczny akt. Witold Sadowy zmarł 15 listopada 2020 roku, zaledwie dwa miesiące przed swoimi 101. urodzinami. Jednak pandemia koronawirusa odebrała mu szansę na szybki spoczynek. Jego prochy czekały na pogrzeb aż siedem miesięcy.
Dopiero w czerwcu 2021 roku odbyła się uroczystość o charakterze państwowym. Nad urną przyjaciela przemawiała wzruszona Krystyna Janda, a hołd oddali mu Maja Komorowska i Stefan Friedmann. Było to pożegnanie godne legendy, która do samego końca kochała ludzi.
Najpiękniejszą klamrą zamykającą życie Witolda Sadowego niech będą jego słowa o innej wielkiej miłości jego życia — matce. Wspomnienie ich ostatniej chwili w szpitalu wyciska łzy i pokazuje wrażliwość człowieka, który musiał ukrywać, kim jest, by przetrwać.
Musiałem opiekować się chorą mamą. Była w szpitalu. W pewnym momencie dała mi znać oczami, żebym się do niej przysunął. Ja nadstawiłem ucho, a ona powiedziała mi: "Ja umieram". Leciały jej łzy z oczu i za chwilę już jej nie było.